Piotr Wyszomirski: módl się i pracuj

Nie wierzył, że pojedzie na igrzyska olimpijskie, a zagrał w Rio turniej życia. Piotr Wyszomirski w specjalnym wywiadzie opowiada o tym, jak wiara i wewnętrzny spokój pomogły mu przetrwać trudne momenty.

0
684
fot. Leszek Ogrodnik

Jakub Marczyński: Piotr, po co się starać?

Piotr Wyszomirski: Bo mamy tylko jedno życie, dane nam od Boga i trzeba je dobrze wykorzystać.

A są takie chwile, kiedy możemy powiedzieć sobie dość?

Pojawiają się momenty zwątpienia, ale wtedy jest miejsce na modlitwę – oczywiście dla tych, którzy wierzą. Mnie to pomaga i myślę, że dlatego jestem tam, gdzie jestem – gram w kadrze, w Bundeslidze. Moje życie ułożyło się dobrze, a nie zawsze tak było.

Pamiętasz najtrudniejszy moment? Dotkliwy upadek, porażkę?

Nie muszę daleko szukać. Gdy grałem na Węgrzech, przeniosłem się z Csurgói do Pick Segedyn. Miałem walczyć o pozycję pierwszego bramkarza w klubie, ale nie udawało się, dlatego trener dawał mi mocno w kość. Moja forma nie zachwycała. Nie mogłem pomóc drużynie, tak jak ja tego oczekiwałem, trenerzy, kibice.

I co wtedy czułeś?

Jestem bardzo emocjonalnym człowiekiem, dlatego to były dla mnie trudne chwile. Momentami nie miałem siły. Na szczęście mam wspaniałą żonę i po długich rozmowach postanowiliśmy odezwać się do psychologa – Pawła Harabata, który bardzo mi pomógł. On, żona i modlitwa.

W jaki sposób z nim pracowałeś? Dawał ci konkretne wskazówki, jak radzić sobie z trenerem, ze swoimi emocjami?

Zacząłem pracować nad koncentracją. Nad tym, żeby nie przywiązywać uwagi do tych wszystkich „wskazówek” trenera. Ale nie zawsze byłem w stanie, bo jednak masz z nim kontakt wzrokowy, i słyszysz co, i w jaki sposób do ciebie mówi. Pamiętam, że po jednym z kompletnie nieudanych meczów trener tak mnie ochrzanił, że wróciłem do domu załamany. Powiedziałem wtedy do żony, że trzeba coś w życiu zmienić. Nie chciałem rezygnować, bo kocham piłkę ręczną, ale może przejść do innego klubu, zmienić otoczenie. Miałem po dziurki w nosie tego wszystkiego. Na szczęście teraz w Bundeslidze mam spokojnego trenera, który mi ufa. Trener Duszejbajew też nie należy do spokojnych ludzi, ale on potrafił rozgryźć moją psychikę, i nie było z jego strony żadnych krzyków. Nawet po beznadziejnym meczu z Niemcami, kiedy wpuściłem piłkę z jedenastego, czy dwunastego metra, po bloku. Myślałem wtedy „ciekawe, co mi teraz trener powie”. A on rzucił tylko: „Piotrek, to powinna być twoja piłka”. I tyle. Zupełnie inny człowiek. Dlatego zagrałem, jak zagrałem.

Po tym przegranym meczu o brąz przytoczyłeś słowa pana Marka Piotrowskiego: „przychodzi w życiu człowieka czas, kiedy dźwiga krzyż naciągnięty bólem, cierpieniem, niespełnionymi marzeniami, brakiem radosnych perspektyw. Często ten krzyż go przygniata, ciężko jest wtedy wstać, znaleźć sens dalszej egzystencji. Ale ja ci mówię, wstań i walcz. To twoje życie, twój największy skarb.”

Zawsze przed meczami staram się motywować muzyką i  mądrymi słowami. Na ten cytat trafiłem przez przypadek, jeszcze gdy grałem na Węgrzech. Znalazłem też film „Wojownik”. Przez moją sytuację w klubie, ten cytat utknął mi w głowie. Pan Marek to prawdziwy wojownik. Z takich ludzi należy brać przykład. Ostatnio napisał do mnie dziennikarz, który zna Marka Piotrowskiego osobiście, i powiedział mi, że pan Marek chciał się ze mną skontaktować, żeby podziękować mi za to, że go zacytowałem. To coś pięknego. Czekam, aż odezwie się.

Jakie wartości musi mieć w sobie człowiek, żeby nie dać złamać się w sytuacji, która go przerasta?

Przede wszystkim trzeba być spokojnym człowiekiem. Ja jestem osobą wierzącą i z natury spokojną. Myślę, że ten spokój mnie uratował. Gdybym był porywczy mógłbym za dużo powiedzieć, za dużo zrobić, a odpuściłem. I pozwoliłem życiu toczyć się dalej. Walczyłem o nie z różańcem w ręku i jeszcze więcej trenowałem.

Dlatego przekazujesz SZLACHETNEJ PACZCE różaniec?

To różaniec, w którym zawierają się wszystkie moje radości i smutki. Mam go od 10 roku życia. Modlę się na nim po każdej wygranej i każdej porażce, dziękując Bogu. To bardzo ważna część mnie. Jeśli ma kogoś zainspirować do walki, to chcę go podarować.

A gdybyś teraz miał swoimi słowami zainspirować do walki tych cichych bohaterów, którzy codziennie walczą w swoich domach?

Ja bym ich tak nie nazwał. To są prawdziwi bohaterzy, nie cisi. Jest tak, że sportowcy są pokazywani w telewizji, bo wiadomo, zmagają się z wielką presją, z wymaganiami i dla niektórych są bohaterami. Ale tych naprawdę wielkich bohaterów nikt nie zna. To ci z porozbijanych rodzin, którzy walczą o swoje życie. To są prawdziwi bohaterzy. I chciałbym im powiedzieć, żeby zawierzyli swoje życie Bogu, i będzie dobrze. Nawet jeśli przytrafia się ciężka sytuacja życiowa, to trzeba o to życie walczyć.

Trzeba upaść, żeby…

Żeby wstać. Teraz sobie myślę, że czasami musi zdarzyć się coś dołującego, żeby potem było lepiej. Bóg zawsze daje człowiekowi cierpienie, które potrafi udźwignąć. Ja długo pracowałem nad sobą, dlatego w Rio zagrałem całkiem niezłe zawody. To jest dowód na to, że warto próbować.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ