EDK – Rejon Barcelona

0
507

Do Barcelony pojechałam na Erasmusa. Wiedząc, że będę tam przez pół roku i właśnie tam spędzę Wielki Post, już przed wyjazdem myślałam nad zorganizowaniem tam EDK. Gdy nadszedł luty powoli zaczęłam pytać znajomych o pomoc. Z początku zgłosiła się jedna koleżanka, która powiedziała mi o polskiej parafii w Barcelonie, jednak przez natłok pracy ani ona ani nikt inny nie mógł mi pomoc w organizacji, ale powiedziała że jeżeli wszystko zorganizuję to ona chętnie ze mną pójdzie. Zostałam sama, ale nadal bardzo mi zależało na tym żeby to zrobić. Znalazłam więc trasę (posłużyłam się istniejącym już szlakiem 60km z Barcelony do Klasztoru Montserrat) i zarezerwowałam Mszę Św. Gdy zbliżał się już termin wyjścia okazało się że nawet moja koleżanka nie może ze mną iść i mimo ogłoszeń EDK na Mszach przez 2 tygodnie nie było żadnych chętnych. Chociaż byłam przerażona (chodzić samej w nocy koło Barcelony nie wydawało się najbezpieczniejszym pomysłem) i zrezygnowana (zero odzewu ze strony innych) postanowiłam podjąć wyzwanie i przynajmniej spróbować  to przejść.

Na Mszy świętej rozpoczynającą EDK byłam ja z koleżanką i kilkoosobowa grupa osób stale uczęszczająca na tą cotygodniową Mszę. Trochę dla żartu zaproponowałam im żeby dołączyli do mnie, nie spodziewając się jednak żadnej odpowiedzi, bo przecież ja przygotowywałam się 2 miesiące do tego przejścia. Jeden z nich, Andrzej, zaproponował że jeśli najpierw wszyscy pójdziemy na kawę to potem ze mną pójdzie. Oczywiście mu nie wierzyłam, ale na kawę poszliśmy. Potem szybko spakował kurtkę i wodę i wyruszyliśmy w nocną, milczącą i ekstremalnie męczącą drogę krzyżową. Dawałam mu 5 -10 km, no bo ja w końcu przygotowywałam się tak długo a on wcale! Po 20 km zaczęły się pierwsze bóle, stopniowo coraz mocniejsze aż w końcu prawie nie mógł chodzić, a nie była to nawet połowa trasy. Zaproponowałam, że może wrócić teraz autostopem i spróbować przejść to za kilka tygodni, lepiej przygotowany. Oburzony moją propozycją, wkurzony, wystrzelił jak rakieta i przez kolejne kilka godzin to on był na prowadzeniu i na nic się nie skarżył. Gdy byliśmy już pod samą górą Montserrat i już resztki sił opadły a do szczytu było jeszcze jakieś 3 godziny stromych skał, nie poddał się. A mógł. Mógł powiedzieć że dotarł już do Monsterrat, przeszedł już w końcu 50 km, oszukać trochę siebie i innych, ale tego nie zrobił. Wytrwał do końca i za to go szczerze podziwiam!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ