Sam na sam z Bogiem

Dwa lata temu, w nocy z 27 na 28 marca, po Mszy św. o godz. 21, wraz z innymi 238 osobami, wyruszyłam z Bazyliki w Rudach w 40 kilometrową trasę, stanowiącą Ekstremalną Drogę Krzyżową. W ciemnościach, które rozświetlał jedynie księżyc nad głowami i blask latarek, w ciszy i skupieniu, krok za krokiem, wędrowaliśmy niosąc każdy swój krzyż – większy bądź mniejszy, taki który był widziany z daleka, ale i taki, który tylko w sercu.

0
696

Każdy idący miał teksty rozważań przygotowane przez organizatorów EDK. Były to teksty bardzo mocne, głęboko zapadające w serce, drążące niczym kropla skałę… Pamiętam, że przy niektórych stacjach czułam, jakby słowa przenikały w głąb mnie, aż po same kości… W czasie takiej wędrówki, kiedy nie ma głośnej modlitwy, nikt nie śpiewa, nie ma mikrofonów i nagłośnienia, jest się „skazanym” na ciszę, przed którą często uciekamy w szum codzienności… Właśnie ta cisza pomaga usłyszeć głos, wydobywający się z wnętrza własnego „ja”.

To była ciężka trasa, przebiegająca w większości leśnymi drogami, gdzie nie brakowało błota, głębokich kolein i nierówności. Ciemność utrudniała nawigację, bywało tak, że na rozwidleniu dróg, przychodziły wątpliwości, w którą stronę skręcić…

Kilometr za kilometrem nogi bolały coraz mocniej, odzywały się dawne kontuzje, doskwierało zmęczenie – bo przecież ową noc poprzedzał normalny dzień pracy… Przychodziły chwile zwątpienia; czy iść dalej, czy dam radę, no i czy Panu Bogu naprawdę potrzebne jest takie ekstremum…

Mój kryzysowy moment nastąpił na 27 kilometrze; nie dość, że ból fizyczny stawał się coraz bardziej nie do zniesienia (od 11 kilometra szłam z nadszarpniętym ścięgnem), to jeszcze kolejna stacja drogi krzyżowej… i treść, która bardzo konkretnie pokazała mi obszary mojego życia, jakie wciąż wypełniały „błotniste koleiny i ciemność nocy”. Pamiętam, że to był moment, w którym płakałam – tak, jak kiedyś Jezus nad Jerozolimą… Od tamtej chwili wiedziałam, że nie wycofam się z drogi i przejdę ją do końca, choćbym miała zakończyć ją ostatnia… Ból duszy mieszał się z bólem fizycznym. Doszłam do Rud resztkami sił, kilka minut przed 8 rano, ale padając na kolana w kościelnej ławce, czułam ogromną wdzięczność… i wiedziałam, że tej nocy nie zapomnę nigdy, że to właśnie tam, pokonując wyznaczoną trasę, czując ból w każdej cząstce swojego ciała, naprawdę spotkałam Jezusa, że będąc wyczerpana fizycznie, nie mając sił by bronić się przed prawdą o sobie, mogłam zobaczyć swoje życie takim, jakim było, bez upiększeń, usprawiedliwień, ale i bez potępienia – wypełnione JEGO wielką miłością i miłosierdziem.

Dzięki EDK mam pełną świadomość tego, że nie ma takiego bólu – ani fizycznego, ani duchowego – którego wcześniej nie odczuwałby Jezus, niosąc na Golgotę moje grzechy. Dlatego wiem, że warto, za każdym razem, zapierać się siebie i iść… Bo tak naprawdę nic nie tracimy a wiele zyskujemy – taka noc może bardzo dużo zmienić.

Na EDK każdy może bardzo osobiście spotkać się z Jezusem niosącym krzyż, może doświadczyć „sam na sam z Bogiem” i przyjrzeć się temu, co tak naprawdę nosi w głębi swojej duszy. Wysiłek i fizyczne zmaganie nie są w tym wypadku utrudnieniem, ale właśnie pomocą – bo pozwalają zostawić się za sobą świat i to, co nieistotne, na czym być może skupiamy na co dzień nadmiar uwagi.

Krystyna Matuszek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ