Dlaczego tęsknię za brytyjskimi drogami?

Gdy dotarłem do celu i wyłączyłem silnik, musiałem chwilę ochłonąć, zanim opuściłem samochód. Wiedziałem, że polska kultura jazdy do wysokich nie należy, ale nie byłem kompletnie przygotowany na szok wywołany przejechaniem 160 kilometrów polską autostradą A4 po powrocie z kilkumiesięcznego pobytu w Wielkiej Brytanii. Oto krótka opowieść o trzech rzeczach z brytyjskich dróg, których bardzo mi u nas brakuje.

0
638

Należę do osób, które traktują samochód użytkowo, jako jeden z kilku sposobów na dostanie się z punktu A do B. Gdy ruszam w trasę, zależy mi bym zarówno ja, jak i inni kierowcy mogli dotrzeć do celu bezpiecznie. Kilka lat temu zacząłem zastanawiać się nad swoim stylem jazdy i eksperymentować z nim, aby to bezpieczeństwo poprawić. Pierwszy pomysł był banalny: obniżę prędkość jazdy, najlepiej do wartości pokazywanej na znakach. Wszystko działało, dopóki nie wjeżdżałem w teren zabudowany, który – jak wiadomo – służy w Polsce do dociśnięcia gazu do dechy. Błyskawicznie ustawiała się za mną kolejka aut (i TIR-ów!), których kierowcy próbowali dosłownie wszystkiego, by tylko znaleźć się przede mną, a gdy już im się to udało, dodatkowo przyspieszali, by nadrobić stracony czas. Zrozumiałem wtedy, że bez uwzględnienia stylu jazdy innych niewiele zdziałam, a co gorsza, niektóre dobre praktyki mogą dać skutek zgoła odwrotny.

W ubiegłym roku miałem okazję spędzić dłuższy czas w Wielkiej Brytanii, gdzie intensywnie korzystałem z samochodu. Kraj ten kojarzy się nam głównie z jazdą po lewej stronie drogi (skądinąd to bardzo ciekawe doświadczenie), natomiast znacznie rzadziej uświadamiamy sobie, że jest to przy tym kraj silnie zmotoryzowany. W Wielkiej Brytanii mieszka więcej ludzi niż w Polsce, lecz jego terytorium – zwłaszcza to zdatne do intensywnego osadnictwa – jest mniejsze. Przekłada się to na gęstość zaludnienia, a tym samym na potrzeby komunikacyjne. Dodając do tego fakt, że wielu mieszkańców pracuje z dala od domów, widać że musieli oni wszyscy wspólnie wypracować odpowiedni styl jazdy i nauczyć się przestrzegać jego zasad, by móc w ogóle normalnie funkcjonować. Przez tych kilka miesięcy zakochałem się w nim. Dlaczego?

Prędkość

Brytyjskie ograniczenia prędkości są wyjątkowo niskie. Najwyższa dopuszczalna prędkość to 70 m.p.h czyli ok. 113 km/h, obowiązuje na autostradach i drogach dwujezdniowych poza terenem zabudowanym. Co ciekawe, liczba aut poważniej łamiących ograniczenie jest stosunkowo niewielka. Kierowcy przyspieszają głównie wtedy, gdy droga jest pusta, natomiast gdy natężenie wzrasta, jadą spokojnie. Jeśli na pasie do szybszej jazdy nie ma miejsca, po prostu jedzie się wolniejszym i tyle. Najszybsi kierowcy rozpędzali się przeważnie do 80-90 m.p.h (128-144 km/h).

Sens ograniczenia do 113 km/h pojąłem dopiero po dłuższych obserwacjach. Otóż zagrożeniem jest nie tyle prędkość, co jej niedostosowanie do panujących warunków oraz duże różnice między poszczególnymi pojazdami. Właśnie to jest problem w Polsce. Nasz limit 140 km/h w połączeniu z przyzwoleniem na jego łamanie sprawia, że na drodze obok siebie mogą znaleźć się pojazdy jadące 80 i 180 km/h, a pomiędzy nimi całe spektrum prędkości pośrednich. Gdy szybsze auto zbliża się do wolniejszego, gwałtowne hamowanie robi się bardzo niebezpieczne. Możemy zmienić pas, ale co jeśli tam właśnie pędzi na nas jeszcze szybszy kierowca? Tego efektu w Wielkiej Brytanii nie ma. Mimo dużego ruchu, zmiana pasa na autostradzie jest bezproblemowa. Między poszczególnymi uczestnikami ruchu jest zaledwie 10-20 mil różnicy prędkości (ok. 16-32 km/h), więc wystarczy znaleźć odpowiednią lukę i zacząć zjeżdżać, a inni spokojnie dostosują się do nas. Widziana z góry, autostrada przypomina majestatyczną, samochodową pielgrzymkę.

Ronda

Rond w Polsce jest już całkiem sporo, lecz dominują u nas mniejsze obiekty posiadające jeden pas ruchu. Przyznam się szczerze, że gdy trafiałem u nas na rondo z dwoma pasami, to autentycznie bałem się jechać po wewnętrznej, by nie skończyć na robieniu rundek honorowych. Prawidłowych zasad jazdy nauczyłem się dopiero w Anglii. Brytyjczycy kochają ronda, których jest zatrzęsienie we wszystkich możliwych kształtach i rozmiarach. Ronda z jednym pasem, ronda z dwoma pasami. Ronda bez świateł i ze światłami. Minironda i półronda. Podwójne ronda w kształcie ósemki. Prawdziwie odważni mogą spróbować swoich sił w Swindon na tzw. Magicznym Rondzie, w którym pięć mniejszych rond leżących tuż obok siebie połączonych jest w większy ring z możliwością jazdy w obu kierunkach. Choć wygląda to przerażająco, statystyki towarzystw ubezpieczeniowych z 50 lat pokazują, że przoduje ono w rankingach bezpieczeństwa – przez pół wieku odnotowano na nim zaledwie 14 poważniejszych wypadków.

Rondo posiada dużo mniej punktów kolizyjnych niż zwykłe skrzyżowanie, ułożonych tak, że zawsze mamy przed sobą dokładnie jeden taki punkt. Rondo wymusza zmniejszenie prędkości i rozejrzenie się, co się dzieje. W porządku, jak zatem poradzić sobie na rondzie z dwoma pasami ruchu? Są trzy proste zasady:

  1. zanim wjedziesz na rondo, OBA jego pasy muszą być wolne (nawet jak chcesz jechać zewnętrznym),
  2. nie wyprzedzasz kierowców na wewnętrznym pasie,
  3. zewnętrzny pas jest do jazdy w prawo i na wprost; wewnętrzny – do jazdy w lewo i na wprost.

Pierwsza zasada ma bardzo dobre uzasadnienie: wyobraź sobie, że chcesz wjechać na pas zewnętrzny i widzisz kogoś jadącego wewnętrznym. Musisz mu ustąpić, ponieważ on być może będzie chciał zjechać na następnym zjeździe, a wtedy wjechałby prosto w Ciebie. Zresztą, to on jest na rondzie i ma pierwszeństwo. Druga zasada daje Tobie oraz innym bezpieczeństwo, gdy już znajdziecie się na rondzie, a trzecia zmniejsza liczbę przecinających się torów jazdy do absolutnego minimum. Złożone razem działają – sprawdziłem wielokrotnie.

Jazda w korku

Któregoś dnia odwoziłem kolegę, również Polaka, na lotnisko Heathrow. Jechaliśmy autostradową obwodnicą Londynu M25, która słynie ze swoich korków. Londyńczycy wręcz żartują sobie, że jest to największy parking w mieście. Faktycznie, liczba aut w godzinach szczytu jest ogromna. Przyjęcie zasad upłynniających ruch nie jest tu fanaberią, ale koniecznością, inaczej wszystko by po prostu stanęło. Kolumna aut ciągnęła się na czterech wewnętrznych pasach i kolega zauważył, że dwa zewnętrzne są puste. Powiedział mi, abym zjechał na nie, gdyż prowadzą one do skrzyżowania z inną drogą. „Przejedziemy przez nie szybko i wyjedziemy przed innymi”. Odparłem, że nie zrobię tak właśnie dlatego, że prowadzą one do skrzyżowania, a nie do naszego celu podróży i gdyby wszyscy tak robili, to korek wcale by się nie zmniejszył, lecz powiększył. Oprócz autostrady, zakorkowalibyśmy kolejną drogę, uniemożliwiając jazdę tym, którzy naprawdę chcieliby tu zjechać (co zablokowałoby ruch jeszcze bardziej), zaś później przy próbie zmieszczenia się z powrotem na czterech pasach działyby się dantejskie sceny. Ostatecznie jechaliśmy wolno, ale jechaliśmy. Uczciwość popłacała też dalej – kierowcy, którzy wyjeżdżali z owej drogi na autostradę, nie byli traktowani jak cwaniacy próbujący się „wryć na chama”. Bardzo szybko znajdowało się miejsce i mogli włączyć się do ruchu.

Z walce z korkami pomaga także wspomniana już wcześniej niska prędkość, która zmniejsza liczbę aut wpadających w zator i umożliwia jego szybsze rozładowanie. W Polsce punktowe korki na dość pustej autostradzie potrafią utrzymywać się jeszcze godzinami po ustaniu przyczyny, bo przy szybkiej jeździe tych aut nadal napływa zbyt dużo. Anglicy najbardziej obciążone odcinki autostrad dostosowują do standardu tzw. *smart motorway*. Na drodze w regularnych odstępach zainstalowane są elektroniczne bramki mierzące liczbę aut oraz wyświetlające aktualne ograniczenie prędkości. Gdy system wykryje, że ruch zwalnia, natychmiast obniża prędkość na wcześniejszych odcinkach, aby nie dopuścić do powstawania korka. Kierowcy rozumieją, że lepiej jechać wolniej, ale płynnie, niż utknąć i starają się stosować do wskazań.

Pierwszy przejazd naszą rodzimą „A-czwórką” po powrocie do Polski do dzisiaj wspominam ze zgrozą. Problemy zaczęły się niemal od razu. Ściemniało się, a ruch na drodze się wzmagał. Ledwo znalazłem się na autostradzie, musiałem natychmiast zwolnić z powodu rozbitego samochodu stojącego na poboczu. Chwilę później obok mnie przemknął nie wiem… chyba bolid wyścigowy, sądząc z prędkości i stylu jazdy. Na wysokości Tarnowa miałem już wrażenie, że biorę udział w wyścigu, bowiem podobnych bolidów przemknęło slalomem z 10, co chwilę mrugając światłami na „niepokornych”, co nie ustąpili im wystarczająco szybko. Pozostali próbowali zmieścić się na lewym pasie, gdyż prawym jechała grupa przestraszonych kierowców z prędkością 80-90 km/h. Zjechałem z autostrady na zwykłą drogę, gdzie także panował duży ruch. Kolumna aut poruszała się stałym tempem, ale na ogonie siadł mi dostawczy van. Jechał niebezpiecznie blisko i ani myślał zachować odstęp. Nie miałem wyboru, nie będę ryzykował nagłego najechania, a z dwojga złego wolę już zrobić to w kontrolowany sposób. Spróbowałem go odstraszyć, hamując na moment. Poskutkowało, ale gdy tylko ruch zmalał, van gwałtownie przyspieszył i wypruł do przodu w ciemność. Koszmar…

Miesiąc wcześniej w Wielkiej Brytanii z angielskim kolegą wybieraliśmy się w służbową podróż do innego oddziału firmy. Rozmawiając przy obiedzie powiedziałem mu, że bardzo odpowiada mi ich kultura jazdy, a zwłaszcza mała liczba osób łamiących ograniczenia prędkości. Steven zrobił wielkie oczy, rozejrzał się zakłopotany i odparł, że takich osób jest całkiem sporo i że sam się do nich zalicza. Gdy znaleźliśmy się na trasie, faktycznie raczej wyprzedzał niż był wyprzedzany. Licznik przekraczał wskazania znaków tam, gdzie pozwalały na to warunki, ale nie pokazywał zabójczych wartości. „Steven, co Ty wiesz o dużych prędkościach”, pomyślałem, „przyjedź kiedyś do Polski, to pogadamy…”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ