Kobiece piękno

Kilka krótkich migawek dla kobiet, które słysząc komplement „jak pięknie dzisiaj wyglądasz!” chowają się w swojej skorupce.

0
768

Pozwolić sobie na piękno

Zupełnie nie wiem dlaczego, rozmowa zeszła na tematy sądowe i możliwość udowodnienia swojej niewinności w sytuacji niesłusznego oskarżenia. Nagle z zamyślenia wyrywa mnie niespodziewany komplement:

Wiesz, gdyby ciebie ktoś oskarżył o nadmierne piękno, nie miałabyś szans na obronę i ułaskawienie…

Kreatywny komplement, który zamknął mnie w potrzasku, bo jak tu zaprzeczyć? Jak się nie zgodzić z tak podanym zachwytem i docenieniem?

Jeszcze wczoraj pewnie bym się zawstydziła i odczuła zażenowanie. Ale nie dzisiaj. Nie w święto przeznaczone dla kobiet, w dniu, w którym każda z nas z czystym sumieniem może odpoczywać, zadbać o siebie tak, jak lubi, dać się kochać i adorować. Pozwoliłaś sobie na to? Na chwilę zatrzymania nad swoją kobiecością? Na doświadczenie wdzięczności za swoje ciało, możliwość dawania życia, za piękno, które z ciebie emanuje? Pozwoliłaś swojemu mężczyźnie na to, by ci prawił komplementy, mówił czułe słówka, obsypał kwiatami, zaprosił na kolację?

Co mówisz sobą o kobiecości?

Pracując z kobietami obserwuję, jak wiele z nas zamyka sobie drogę do rozkwitu, do bycia piękną. Dużo energii i pieniędzy ładujemy w opakowanie: w to, by dobrze wyglądać: od łowów wyprzedażowych, przez wszechobecne chudnięcie, po makijaż i zabiegi kosmetyczne. Niektóre z nas doszły do perfekcji w tym, jak dbać o siebie, jak zniewalać i oszałamiać wyglądem jak milion dolarów. Gdy inni to zauważą, doceniają ich starania, czasem zderzają się z murem. „Wiesz, bluzka z lumpeksu”, „nie, nie wyglądam dobrze, popatrz, mam boczki…”, „żartujesz sobie, wcale nie wyglądam dobrze” – znacie to? Opakowanie krzyczy „jestem piękna”, ale w środku tego przekonania nie ma, w środku jest lęk i strach, brak zadowolenia z siebie, ssąca pustka.

Nie zawsze. Coraz więcej spotykam kobiet, które są piękne, a gdy ktoś je komplementuje, dziękują z uśmiechem. Nie zaprzeczają. Nie krygują się. Nie oblewają rumieńcem. W końcu wiedzą, że ich kobiecość sama w sobie jest czymś wartym docenienia i zauważenia. Nawet w dresach nie przestają być kobietami. Nawet po trzech ciążach, gdy ciało już nie takie jak parę lat temu; nawet po sześćdziesiątce, kiedy każdy kolejny dzień oznacza kłopoty z utrzymaniem cieni na opadających coraz bardziej powiekach. Jest w nich jakaś siła przyciągania, głęboko zakorzeniona radość z tego, że są jedyne. Niepowtarzalne, unikatowe. Dla swoich mężczyzn też są jedyne i pozwalają sobie na życie z tą świadomością, nie wchodząc w domysły i domniemane intencje.

Moja historia w rytmie kastanietów, pachnąca kubańskim cygaro

U mnie ta droga dostrzeżenia, polubienia i pokochania siebie jako kobiety zaczęła się dziesięć lat temu od pierwszych lekcji tańca. Dzięki odkryciu pasji, obecnej od zawsze w moich biodrach i brzuchu, po okresie buntu założyłam spódnicę. Uczesałam i rozpuściłam włosy. Kupiłam sobie ładny szalik, który podkreślał kolor moich oczu. Polubiłam wiszące kolczyki. Nawet pomalowałam rzęsy. Do dzisiaj pamiętam tę dumę, gdy tak wystrojona stukałam obcasami na krakowskim Rynku, zmierzając na koncert hiszpańskich gwiazd flamenco. Zafundowałam sobie bilet za pieniądze z osiemnastki, magiczne kino Kijów, piąty rząd. Zamiast w autobus do szkoły, wsiadłam w pociąg do Krakowa i zrobiłam sobie wymarzone wagary.

Te dwie godziny były ekstazą, doświadczaniem pełnią zmysłów piękna, żywiołu tańca i muzyki, bycia częścią tych historii o miłości, dumie i tęsknocie, jakie tworzą flamenco. Kobieta na scenie ruszała się nieziemsko. Rzucała spojrzenia tak ogniste i pewne, że ja w tym piątym rzędzie oszalałam. I zapragnęłam to mieć, potrafić z taką świadomością siebie emanować pięknem.

Tamta kobieta miała biodra trzy razy szersze od moich, wcale nie wąskich. Była dobrze po czterdziestce, co dla mnie wtedy wydawało się emeryturą. Ale czarowała wszystkich lekkością, stepem szybszym od oddechu, ruchami dłoni delikatnymi jak skrzydła motyla. Była całkowicie zanurzona w tym, co kocha, i nas zapraszała do tego świata…

Drugie niezapomniane wagary, tym razem od pracy, zrobiłam sobie kupując bilet na koncert Buena Vista Social Club w warszawskiej sali kongresowej. Sam koncert był ucztą, a mi utkwił ten jeden moment: gdy na scenę weszła Ona. Królowa. Zapowiedziana jako najpiękniejsza kobieta na Kubie, gwiazda, obłędna artystka. Kołysząc biodrami, wkroczyła dumnie i wzięła do ręki mikrofon. Omara Portuondo, której głos przeniósł mnie i tysiąc innych osób do jakiejś innej rzeczywistości. Ona nie zachwyca urodą, w jej sukienki zmieściłoby się dwie kobiety. Za to jej grację i pewność swojego piękna, z jakim wtedy pojawiła się na koncercie, zapamiętam na zawsze.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ