W życiu potrzebny jest sens

Od tego, że się umie zarabiać, dopiero zaczyna się przygoda w życiu. Dziś już ludzie umieją zarabiać. Dziś istotne jest nie „mieć”, a „dziać się”. Nowa zmiana społeczna polega właśnie na tym, że już przestajemy gromadzić, budować wielkie wille. Coraz ważniejsze staje się słowo „minimalizm”, co przekłada się na nową jakość życia. O nowym trendzie w społeczeństwie opowiada ksiądz Jacek WIOSNA Stryczek.

0
745

[Agnieszka Toczko-Rak – A.T-R.] Na czym polega obecna zmiana społeczna?

[ks. Jacek Stryczek – ks.] Obecna zmiana wyczekiwana, utęskniona… Najpierw muszę powiedzieć o tym, jak to w naszym kraju wygląda, bo kiedy przyszła do nas wolna Polska, to na pewno ludzie się bardzo podzielili, czyli jedna część społeczeństwa świetnie się wpisała w te zmiany, zaczęła się dorabiać, a druga nie radziła sobie w życiu. Wtedy, kiedy startowaliśmy z PACZKĄ w 2001 roku, te podziały społeczne były ogromne. Cztery miliony ludzi żyły w skrajnym ubóstwie. Milion miało problemy ze środkami na jedzenie, na mieszkanie i środki czystości. A ci, którzy sobie poradzili, mieli taki syndrom właśnie bycia dorobkiewiczami, że liczy się tylko moje i moje. I też była taka druga rzecz: ponieważ PRL oduczył ludzi pomagania, tam państwo miało monopol na pomaganie, to ci ludzie patrzyli też z taką pogardą na tych, którzy sobie nie poradzili: „Że skoro mi się chciało, a tobie się nie chciało, to jesteś gorszy”. My właściwie żyliśmy w takich dwóch alternatywnych społeczeństwach. To dlatego ja w tych spotach reklamowych mówiłem, że „kocham bogatych tak, jak oni kochają biednych”, bo zależało mi na tym, żeby połączyć na nowo nasze społeczeństwo, żeby ludzie na nowo zaczęli ze sobą żyć razem. Natomiast syndrom bycia dorobkiewiczem strasznie ich wykluczał. To było zresztą widać na pewnym etapie, ile powstawało zamkniętych osiedli, domów z wysokimi ogrodzeniami, że ten taki trend, że w społeczeństwie byli równocześnie ci, którzy coraz więcej zarabiali, i ci biedni. Kiedyś pamiętam, byłem na takim spotkaniu, gdzie mówiłem, że jeżeli się nie zaangażujecie społecznie, to ogrodzenia wokół waszych domów będą musiały być wyższe. Ale nie było takiego… W każdym razie na pewno zmiana nastąpiła po wejściu Polski do UE, kiedy wielu Polaków wyjechało za granicę.

[A.T-R.] Jak zatem wygląda historia tej zmiany?

[ks.] Przed naszymi oczyma rozegrały się takie trzy rewolucje kulturowe. Najpierw społeczeństwa powojenne dorabiały się, ale to dorobkiewiczostwo było takie okropne, że ich dzieci rozpoczęły ruch hipisowski. To był ruch kontrkultury, taki przedziwny ruch, kiedy ludzie chcieli korzystać z zasobów materialnych bez zobowiązań. Chcieli się bawić za cudze pieniądze. I to była odpowiedź na bycie dorobkiewiczami. Potem, około roku 2010 czy 2011, po tym, jak nastąpiło załamanie gospodarcze, kolejny bunt, który polegał na tym, że młodzi ludzie szturmowali sklepy, żeby sobie zabierać telewizory, laptopy, telefony, to w ogóle najdziwniejszy bunt, jaki widziałem, młodzieżowy. Właśnie to było takie… taki bunt powiązany z tym, że nie zgadzam się, że ktoś inny się dorobił, a ja nie mam też prawa, żeby to mieć. Zadziwiający bunt. Teraz mamy kolejną odsłonę tego ruchu kulturowego, który polega na tym, że ludzie zatęsknili za wartościami duchowymi, za ideałami. Świetnie to wyrazili moi znajomi biorący ślub. Jak przygotowywałem ich do ślubu, zadałem pytanie: „I co po ślubie?”. I usłyszałem: „No jak to co? Minimalizujemy”. Ja na to: „Ale jak? O co chodzi?”. Nikt do tej pory nie mówił mi przy okazji ślubu, że potem minimalizuje; a oni właśnie mówią, że chodzi o to, żeby mniej mieć, a bardziej się dziać, że dzisiaj już jest tak, że ktoś zarabia pieniądze i po prostu je zarabia, ale to nie stanowi treści życia, od tego zaczyna się życie właśnie, żeby się dziać.

[A.T-R.] Rozumiem, że to współcześnie taki nowy trend: nie zarabiać, tylko dziać się. I to „dziać się” ‒ jak teraz można „dziać się”?

[ks.] Nie, nie, to jest jeszcze inaczej. Trend taki, który ja zauważyłem zaczął się może dwa, może trzy lata temu, kiedy nagle część osób zaczęła się publicznie przyznawać do swoich ideałów, czy do wiary w Boga. Tak wcześniej nigdy nie było. Było przyjęte, że to jest strefa bardzo taka osobista, bardzo prywatna. I nagle ludzie zaczęli głośno mówić, że w życiu chodzi o coś więcej niż tylko zarabianie pieniędzy. I to… Myślę, że to ujawnienie się poniekąd było takim wyrazem tego, że przecież to jest normalne. Że to jest normalne, że ja mam ideały, że ja chcę czegoś więcej. Myślę, że w dużej mierze też jest to taki element przesilenia. Ja znam wielu, kiedyś młodych, ludzi, którzy właściwie cały projekt życiowy opierali na dorabianiu się. Właściwie małżeństwa były przez pewien okres czasu takimi w Polsce kontraktami biznesowymi, w które było wpisane to, że teraz mieszkanie, potem większe mieszkanie, potem kredyt, potem jeden samochód, potem drugi samochód, wakacje. Większość celów była celami biznesowymi. Byłem kiedyś w IKEI: ile jest par, które urządza swoje mieszkania! Tak jakby dorabianie się było w ogóle głównym zajęciem wielu par. Tym się zajmują. A teraz nagle ludzie odkryli, że w sumie to bardziej potrzebny jest sens w życiu, robienie sensownych rzeczy niż posiadanie czegoś.

[A.T-R.] Czy współcześnie nadal mówimy o dorobkiewiczach? A może zmienił się ich status?

[ks.] Nie. Mówimy o tym, że społeczeństwo polskie staje się coraz bardziej zamożne, ta klasa średnia nieustannie wzrasta i ewidentnie to widać. Ja bym powiedział, że ta klasa średnia ma takie dwa źródła. To są dzieci tych, którzy się dorabiali, zresztą w dorabianiu nie ma nic złego tak ogólnie, to właśnie ten taki sznyt tego dorobkiewiczostwa: skoncentrowania na sobie było tym negatywnym przejawem, ale dorabianie jest w ogóle czymś pozytywnym. Czyli to są dzieci tych, którzy dorabiali się, i oni mają już ustabilizowany status społeczny i po swoich rodzicach odziedziczyli taką zaradność życiową, żeby zarabiać, ale też całkiem dużo osób nauczyło się w jakiś sposób nawet z nizin społecznych awansować, jakby te ścieżki też zostały już przetarte. Ale też coraz więcej osób szybko staje się zamożnymi, więc klasa średnia rośnie cały czas. I to jest w ogóle pozytywne zjawisko. Natomiast wyłoniła się z tego nowa grupa, bo część ciągle jeszcze tkwi w tamtych starych sposobach myślenia, nieustannie się z tym spotykam, tego takiego skoncentrowania się na sobie i na swoim, ale część ludzi chce czegoś więcej. Nawet pamiętam, kiedy, tak w latach 2007‒2008, przyszły do nas informacje z Wielkiej Brytanii, że coraz częściej zdarza się, że ludzie porzucają dobrze płatną pracę na rzecz pracy z sensem, np. kobiety zajmowały wysokie stanowiska w korporacjach, ale nagle marzyła im się zupełnie inna praca i stawały się przedszkolankami po to, żeby mieć bliski kontakt z drugim człowiekiem, a nie tylko zarabiać. I my wtedy marzyliśmy o tym, żeby tacy ludzie przyszli wtedy do nas do pracy i nikt nie był gotowy, a teraz to się zmieniło. Teraz ludzie nawet u nas szukają pracy, bo dla nich jest praca z sensem to jest praca w naturalnym środowisku, w otoczeniu, które jest życzliwe, i to jest dla nich wartością samą w sobie większą niż duże zasoby finansowe.

[A.T-R.] To jaki jest obecnie wyraz tego buntu, o którym tutaj Ksiądz opowiedział?

[ks.] Właśnie to jest taki ciekawy bunt, taki bunt bez rogów. Mam wrażenie, że ci ludzie są jak surferzy, że to zarabianie się to jest jak ta deska surfingowa: że oni po prostu umieją zarabiać, ale to, że umieją zarabiać, to dopiero od tego się zaczyna przygoda w życiu. Wtedy praca staje się przygodą, i życie po pracy, to się przestało w ogóle wykluczać; to jakby ten człowiek czuje się cały czas sobą, i zaczyna tym życiem zarządzać, a nie tak, jak wcześniej obserwowałem, gdy ludzie brali to życie tak, jak takie wory kamieni, te siaty takie, nieśli ze sobą: „Że tak ciężko! Trzeba mieć! Trzeba mieć! Jeszcze więcej mieć!”. Teraz ludzie wolą: „Nie muszę tak dużo mieć, w zamian za to mam przygodę. Zakładam buty, biegnę i już jestem wolnym człowiekiem. I tak nie muszę mieć dużej willi, żeby biegać”.

[A.T-R.] A to nie jest też tak, że to pokolenie, które teraz tak wzrosło i które tak żyje, bo tak się teraz żyje, to musiało przejść te wszystkie etapy swoich dziadków, ojców i etapy jakiejś zmiany społecznej w Polsce, żeby móc stanąć w takim, a nie w innym momencie swojego życia?

[ks.] To znaczy ja powiedziałbym tak, że nie do końca. No bo nie mówimy tu o jednej osobie. Mówimy tutaj o tym, że wyrasta pewne pokolenie… Nawet bym nie powiedział, że to nie jest kwestia pokolenia, bo ja widzę, że to nie dzieli się wiekowo, tylko w różnych grupach wiekowych naraz to się pojawiło. Że jakoś ta kultura nas przez to przeprowadziła. Co takiego jest w tej kulturze? Ja myślę, że w dużej mierze kultura, która nas otacza, stała się kulturą jałową, ponieważ obecnie marketing stał się naturalnym środowiskiem człowieka, jesteśmy wszędzie otoczeni marketingiem, żyjemy w epoce niezwykłego rozwoju marketingu, dzisiaj produkty tworzy marketing, czyli jeszcze tego nie ma, marketing już zna nasze potrzeby i wymyśla, co mógłby nam sprzedać. Nastąpiło takie zachłyśniecie się tym marketingiem, i część ludzi pewnie się uzależniła od produktów, a część ludzi dostrzegła, że to nie jest cały świat, że tak naprawdę ten marketing wyjałowił ludzi, a my mamy duszę i dusza się pyta: „A po co żyjesz? A jaki jest tego sens? A czy jesteś zakochany?”. Dusza zadaje różne pytania i rozumiem, że u części ludzi w tej wyjałowionej kulturze pojawił się głód sensu i przewartościowali w sobie marketing, i używają go, używają smartfonów, laptopów itd., ale one nie zastępują im życia tylko są tak, jak deska surfingowa. Na tym można teraz surfować i żyć naprawdę. Bo dziać się to znaczy surfować. Deska surfingowa to jest ten dorobek…

[A.T-R.] A czy to jest tak, że oni to przewartościowali, i znalazło się miejsce na przykład na wiarę? A może to jest niezależne od wyznawanej wiary?

[ks.] Dla mnie to taka ciekawa sytuacja, ponieważ żyjemy w społeczeństwie tak bardzo zdemokratyzowanym, że każda wersja podchodzenia do życia jest akceptowalna, więc miliony, miliardy ludzi na świecie eksperymentują ze swoim życiem, czyli poniekąd mamy dostęp do człowieka jako takiego, czyli patrząc na te eksperymenty ujęte w statystyki, jakby widzimy, co działa, co nie działa. I ja bym powiedział, że raczej widać tutaj głód duszy, która szuka Boga, czy szuka wiary, szuka sensu, niż samą wiarę w sobie, że to jest trochę z głębszego poziomu.

[A.T-R.] Czyli to „dziać się” przekłada się to na takie codzienne ich płaszczyzny funkcjonowania. Przekłada się to na funkcjonowanie w małżeństwie, funkcjonowanie w rodzinie…

[ks.] No tak, bo jak jestem dorobkiewiczem, ciągle muszę mieć więcej, to nie mam czasu na sport, na wolontariat, na relacje, na bliskich, no bo się dorabiam. Ciągle mi mało. A jeżeli potrafię zarobić i zaczyna się z tego poziomu przygoda życiowa, tak jak ładnie powiedział to wspomniany wcześniej młody żonaty, Piotr: „To, czego my chcemy, to smakować życie”. Bierze ślub i chcą smakować życie. To się dogadali razem, jako koncepcja życiowa, że większą wartością niż żeby mieć dużo więcej, jest na przykład dobrze zjeść.

[A.T-R.] A czy Ksiądz myśli, że to się rozpowszechnia, to znaczy, że przez przykład idzie…

[ks.] To się stało.

[A.T-R.] To się już stało.

[ks.] To się stało. Nikt tego nie rozpowszechnia. To się nagle stało. To tak, jak po zimie pojawiają się przebiśniegi, bo nagle to się stało, bo dla mnie to, co było wcześniej to była zima. To był straszny świat, w którym ja się nie mogłem w ogóle odnaleźć i do niedawna jeszcze tak czułem. Czemu tak się stało? Ja nie wiem. Nawet dzisiaj jechałem na rowerze, i mijałem samochód na skrzyżowaniu, i pan w tym samochodzie mówi: „Proszę bardzo”. Ja nie miałem pierwszeństwa. On mówi: „Proszę bardzo”. Ja mu macham: „Bardzo dziękuję”. Nie, nie, nie działo się tak wcześniej. Nie wiem, co się stało ludziom. Takie sytuacje na ulicach to od roku mniej więcej obserwuję, nawet od kilku miesięcy. Nagle jakby nie jest najważniejsze to takie łokciami. Tak jest czasami, jak jadę na rowerze, to widzę, że po prostu ktoś tak bardzo musi szybko, że ja, który na tym rowerze jestem tak bezbronny przy jego samochodzie, a w ogóle szybko, bo on musi, bo on teraz. A tu taka delikatność, wrażliwość: „Proszę bardzo. Tu jest dla ciebie miejsce. Tu jest dla mnie miejsce”. Przecież też tak można robić. To jest jakiś taki nowy rodzaj luzu życiowego. Ja po prostu myślę, że to jest ta kontrkultura, która nie jest kontrkulturą, bo trudno powiedzieć, że surfowanie po tej rzeczywistości jest przeciwstawieniem się jej. Po co się jej przeciwstawiać, skoro można korzystać, ale w nią się nie wikłać? Tak bym to powiedział.

[A.T-R.] A Ksiądz myśli, że to przyszło do nas z Zachodu? To nowy powiew świeżości, czy to raczej my wypracowaliśmy sami?

[ks.] Nie. To jest inaczej. My jesteśmy generalnie w świecie Zachodu. W ogóle spora część świata jest zanurzona w tej samej kulturze: słuchamy tej samej muzyki, oglądamy te same filmy, mamy te same smartfony i ja to nazywam, że dzisiaj marketing jest naturalnym środowiskiem człowieka. To się po prostu stało w różnych miejscach. To nie przyszło z Zachodu, bo to nie jest coś, co przyszło z zewnątrz, tylko to jest coś, co przyszło od środka. I nagle w wielu ludziach, jak te przebiśniegi… Mówię, nagle to wyszło. Teraz z tego się robi dopiero trend, czyli ludzie zaczną odkrywać: „O, ty jesteś przebiśniegiem? Ja też jestem przebiśniegiem. O ty też jesteś taki? Ja też jestem taki.”. I ten trend się teraz zacznie upowszechniać. On jakby się stanie realną alternatywą. Ja czasami rozmawiam teraz z parami, które przygotowują się do ślubu i wydaje mi się, że wiele z nich nie wie, a już ma poczucie, że chciałoby tak żyć, że jeszcze nie wiedzą jakby tam tę swoją wewnętrzną energię zagospodarować, ale już ją mają, już są inaczej nastawieni już w życiu.

[A.T-R.] A czy ten trend jest w jakiś sposób powiązany z sytuacją polityczną, społeczną w Polsce, czy on się w ogóle dzieje niezależnie?

[ks.] Mnie się wydaje, że, jeszcze raz powtórzę, że to jest odbicie się z tego globalnego świata marketingu, a nie z lokalnych uwarunkowań. Że to są zupełnie różne rzeczy. Być może jest też tak, że część tych przemian społecznych, które dokonują się w taki przerysowany sposób w tej takiej sferze politycznej, jest właśnie takim buntem, że dlaczego… Bo być może źródłem też jest poprawność polityczna, która zakładała, że tego już w człowieku, w ludziach nie ma. Nie ma wartości. Nie ma tam tego. Ale ludzie czuli, że jestem wolnym człowiekiem, czemu mam uważać, że tego nie mam. Ale nie wydaje mi się, że to jest jakiś główne źródło. Wydaje mi się, że w tej chwili tak naprawdę na świecie wszyscy jakby oddychamy tym samym powietrzem. Byłem kiedyś w Afryce, w Kenii, i oni oglądają te same mecze, co my w Polsce. Te same mecze. Jesteśmy częścią wielkiej konglomeracji kulturowej. Mają te same telefony, tylko starsze. Tylko przyrodę mają inną. Muzykę mają tę samą, słuchawki te same, koszulki te same. To jest już inny świat i jakieś lokalne uwarunkowania mają też znaczenia, ale dla mnie to jest takie pewne przesilenie. Przesilenie, które po prostu wynika z tej kultury. I ja się tylko cieszę, bo chętnie korzystam z telefonu, który jest nowoczesny, on mi usprawnia życie, ale on mi życia nie zastępuje. To nie jest coś takiego. Ja tego nie muszę mieć. Ja to mogę mieć. To mnie nie definiuje. Jeszcze niedawno była moda taka, że jak np. masz iphone’a, to jesteś lepszym człowiekiem. Dzisiaj wielu ludzi po prostu ma iphone’a. Produkty już nie przedefiniowują człowieka, a przynajmniej wielu ludzi już się od tego uwolniło.

[A.T-R.] Zastanawiam się, czy nie jest to też tak, że dzieje się to też w jakiś określonych ramach społeczeństwa, czyli np., że jeżeli mamy teraz nowe pokolenie dorobkiewiczów, imigrantów, nie wiem, rodziny 500+, dzisiaj np. był artykuł, że oni są powoli zaliczani do tej rosnącej klasy średniej, to czy w nich też się dokonuje ta zmiana…

[ks.] Nie umiem powiedzieć, ponieważ nie prowadziłem badań socjologicznych. Ja tylko mogę powiedzieć, że po prostu takich osób jest coraz więcej. Czy są środowiska, w których takie osoby szybciej się budzą? W których to się dzieje wcześniej? Nie wiem tego. Nie wiem, ale możemy się temu przyglądać. Dla mnie to zjawisko trwa; obserwuję je dwa, trzy lata. Wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Zacząłem się z tym spotykać w różnych miejscach, w których niezależnie się to się działo, dla mnie niezależnie, ale uważam, że zależnie od tej całej kultury światowej. Ja na pewno jakby mocno partycypuję w tej kulturze, czyli jakby jestem, przyglądam się, jak działa, i dystansuję się. I kiedy np. wymyślałem coś takiego, jak EKSTREMALNA DROGA KRZYŻOWA, to ja wiedziałem, że ludzie i tam mają duszę i że zapotrzebowanie na takie właśnie doświadczenie duchowe, bo to jest bardziej duchowe doświadczenie, nie tylko religijne, że będzie rosło. A przecież to zapotrzebowanie przyszło z czasem. Przewidziałem to. Ja już jałowość tej kultury widziałem dużo wcześniej. Jałowość w sensie tego, że dzisiaj ten marketing jako naturalne środowisko człowieka uczynił z ludzi konsumentów i klientów. I wiele osób dało się przeformatować, ale wiele się też obudziło, że to jest w ogóle głupie, że nie żyję po to, żeby robić zakupy. No bo to tak naprawdę ten minimalizm. „Nie żyję po to, żeby robić zakupy. No nie? W ogóle ja chcę żyć. Ja nie chcę robić zakupów”. A cały trend na świecie jest taki, żeby wszyscy byli klientami. Marketing automatyczny na niespotykaną do tej pory skalę bada nasze preferencje, to, czego my potrzebujemy, i to już nigdy nie będzie lepiej, zawsze będziemy lepiej badani, ale być może już rzeczy, które wymyślą, będą fajne, ale one nie muszą nas determinować.

[A.T-R.] A czy w związku z tym możemy mieć taką nadzieję, na taką prawdziwą dobrą zmianę i w miejsce galerii, nie wiem, parki…

[ks.] Nie, nie, nie… Ja nie uważam, że galerie są złe. Natomiast rozumiem, że będzie coraz więcej osób, które będą miały większe poczucie tego, że nie żyję po to, żeby robić zakupy butów sportowych, tylko kupiłem buty sportowe, żeby iść pobiegać. To jest ta różnica. Mam znajomego, który uprawia triatlon i to, że ma drogi rower to jedno, ale to, ile on wkłada w to, żeby być dobrym triatlonistą to jest dużo więcej. A wielu ludzi do tej pory tylko miało rower do triatlonu albo do biegania, ale nie korzystało z tego życia. To jest ta różnica. Wielka różnica.

[A.T-R.]  Dziękuję za podzielenie się tymi przemyśleniami.

[ks.] Dziękuję. Pozdrawiam.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNie każda miłość jest miłością – jakie uczucie buduje związek?
Następny artykułJak znaleźć miłość, gdy lata lecą?
mm
Ks. Jacek WIOSNA Stryczek - lider społeczny, duszpasterz akademicki i duszpasterz ludzi biznesu. Znany z nowatorskich (w tym multimedialnych) kazań i poruszających happeningów. Pomysłodawca i Prezes Stowarzyszenia WIOSNA, które realizuje projekty SZLACHETNĄ PACZKĘ i AKADEMIĘ PRZYSZŁOŚCI. W mediach znany z oryginalnych pomysłów ewangelizacyjnych, np. postawienia konfesjonału przed Galerią Krakowską, albo posypywania głów przechodniów popiołem na Rondzie Matecznego w Krakowie. Laureat wielu nagród m.in. Nagrodę Polskiej Rady Biznesu im. Jana Wejcherta, Gentlemana Roku 2014 czy Nagrodą im. Władysława Stasiaka.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ