Udane małżeństwo – ideał czy ślepy zaułek?

W Słowniku Języka Polskiego PWN przymiotnik „udany” opisany jest jako „taki, który się udał”. Widzimy w tej definicji sugestię, że to co opisujemy, osiągnęło już pewien stan docelowy. Na co dzień zauważam, że w sposobie, w jakim mówimy o relacjach między mężem i żoną, jest oczekiwanie osiągnięcia stabilizacji. A czy na pewno o to chodzi w małżeństwie?

0
667

W przypowieści Jezusa o zasiewie, w której porównuje on Królestwo Boże do ziarna, mowa jest o rozwoju. Ziarno najpierw trafia do ziemi, gdzie obumiera. Z niego wyrasta źdźbło, które z czasem staje się kłosem. W nim możemy znaleźć nowe ziarna. W odpowiednim czasie, czyli w czasie żniw, rolnik ścina kłosy. Całość tej zmiany i rozwoju trwa długo. Możemy dopiero na końcu powiedzieć, że zbiory były udane.

Małżeństwo rozciąga się od dnia, w którym ślubujemy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską aż do śmierci jednego z małżonków. I to na ten czas rozłożone jest sianie, wzrastanie i zbieranie owoców. Jeżeli zbyt wcześnie będziemy chcieli skorzystać z efektów tego rozwoju, to po prostu będziemy mieli niedojrzałe ziarna. A one już tak nie cieszą i nie dają takich korzyści jak mogłyby dać.

Ten okres rozwoju wymaga od nas cierpliwość i czekania. A dokładniej wymaga ćwiczenia się w rozwoju tych cnót. Taką pierwszą szkołą, w której możemy je doskonalić, jest okres narzeczeństwa. Często jest on teraz zastępowany mieszkaniem na próbę. Dla mnie to brzmi w ten sposób: „popróbujmy małżeństwa, czy nam odpowiada”. Tylko jak może odpowiadać skoro jego wartość można poznać dopiero na samym końcu? Nie można popróbować przebiegnięcia maratonu jeżeli najpierw nie zaczęliśmy od krótkich dystansów na pięć czy dziesięć kilometrów.

Inny przykład to oczekiwanie, że jestem w stanie znaleźć partnera, który do mnie pasuje, który jest „tym idealnym i wymarzonym”. Przekonałem się na swoim przykładzie, że ten ideał się tworzy, wymaga lat i czasu. I nie przypasowuje się do jakiegoś wyimaginowanego wzoru, ale pod konkretne oczekiwania drugiej strony. I znów: jest wzrastanie i czekanie. Co ważne w ten proces wpisane są również próby nieudane, porażki, które są źródłem wiedzy o tym co nie działa, co trzeba zmienić i poprawić.

Od jakiegoś czasu patrzę na moje małżeństwo jako wyzwanie na całe życie. Nie jako pewien błogostan, który można osiągnąć w z góry założonym czasie, ale stan przejściowy. Teraz jestem o lata świetlne dalej niż byłem w pewien sierpniowy poranek, kiedy ślubowałem, ale jestem dopiero na początku tych zmian, które na mnie czekają. Taka perspektywa daje mi odpowiedni dystans szczególnie w trudnych chwilach. Łatwiej wtedy przyjąć, że jest to okres przejściowy. Jak ból mięśni podczas ciężkiego treningu. Jest on niezbędny by uszkodzone włókna mogły się zregenerować, ale już silniejsze i gotowe do większych wyzwań.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ