Modlitwa – romantyczna randka czy wizyta w urzędzie?

Czy modlitwa to czas na opowiadanie Bogu… bajek? Okazuje się, że czasem nie ma lepszego sposobu, by naprawić zaniedbaną relację.

0
778

Są w życiu takie rzeczy, które powtarzamy codziennie, bezwiednie, machinalnie. Niezależnie czy w środku dnia czy w nocy o północy – nie stanowią dla nas żadnego problemu. Jesteśmy w końcu ekspertami. Tak jest np. z myciem zębów. Gdy więc dentysta uświadamia nam, że przez całe życie robiliśmy to źle – czy nie czujemy się w jakiś sposób ośmieszeni?

Ja właśnie tak się czułam. Jedno proste ćwiczenie na rekolekcjach uświadomiło mi, że ja, praktykująca chrześcijanka, po pielgrzymkach, we wspólnotach – przez całe życie nie nauczyłam się… modlić. Ćwiczenie brzmiało mniej więcej tak: „Zamknij oczy i spotkaj się z Bogiem jak z przyjacielem, jak z ukochanym. Nie zanoś żadnych spraw. Ciesz się z samej obecności. Spróbujcie poznać się nawzajem.”

Zamknęłam oczy. Poprawiłam się. Odkaszlnęłam. Hmm… „Panie Boże…” Cisza. Znowu się poprawiłam. „Panie Boże… no, więc” Znowu kaszlnięcie. Cisza…

I tak dwadzieścia minut! Totalna klapa! To z pewnością nie było spotkanie z przyjacielem. Jeśli randka – definitywnie ostatnia. Czym więc było owo „spotkanie”? Wyobrażacie sobie zaciąć się w windzie z własnym ginekologiem? Wiem, szalone porównanie, ale to właśnie w tym absurdzie sytuacyjnym tkwi największe podobieństwo. Przymusowe zamknięcie z osobą, która zna moją intymność, a poza tym nic o sobie nie wiemy. Sytuacja, kiedy już nie można zasłonić zażenowania za tymi wszystkimi formalnościami. Kiedy wiadomo, że właśnie przekracza się tą bezpieczną barierę anonimowości…

Z wizytą w urzędzie

Jak mogłam czuć coś takiego przy zwyczajnej modlitwie? Przecież niby modlę się codziennie. Skąd to skrępowanie? Zabrakło formalności, spraw do załatwienia, przykrywki? Przewertowałam w myślach moje dotychczasowe modlitwy. Przeważnie zanosiłam do Boga różne sprawy, łajałam się, dziękowałam lub prosiłam, ale spotkać się z Nim jak z ukochanym? W końcu jak z Bogiem pożartować, jak się przytulić?

Uświadomiłam sobie, że traktuję Boga jak kogoś, kto wysłał mnie na Ziemię jak na jakiś egzamin. Po wszystkim pewnie wypełni formularz, określi statystyki i zobaczy czy zaliczyłam czy nie. Ewentualnie przypisze mi jeszcze standard niebiańskiej chmurki na jaki się załapałam. Ale Bóg to nie egzaminator, nie urzędnik, ale ojciec. Dobry ojciec. Wspiera, doradza – ale jednocześnie, nie robi nic za dziecko, bo pragnie jego szczęścia i rozwoju. Z dobrym ojcem trzeba rozmawiać, żeby skorzystać z jego rad. Trzeba mu ufać. Ale jak odbudować zaniedbaną relację? Jak spotkać się z Ojcem, którego przez lata traktowaliśmy zdawkowo i formalnie?

Stać się jak dziecko

Te pytania wracały do mnie przez resztę dnia i jak to ostatnio u mnie bywa, najlepszym doradcą okazał się być mój 3-letni wtedy syn. Z głową pełną myśli kładłam go spać i naturalną koleją rzeczy przyszedł czas na modlitwę. Z właściwą tak małemu dziecku nonszalancją zaczął opowiadać Bogu swój dzień, o tym, że bawił się w policjanta i to było fajne i o wizycie babci. Potem z dumą wyznał, że nie słuchał dzisiaj diabełka. A na koniec ufnie pomachał rączką do góry.

-Mamo, a Bóg też śpi? – zapytał po chwili.

– Nie, Bóg nie potrzebuje snu – odpowiedziałam.

– A w mojej Biblii było, że spał…

– Kiedy? – zdziwiłam się.

– No, jak wszystko stworzył – odparł mój przedszkolak, dla którego drzemka popołudniowa to tzw. odpoczynek.

– No tak, odpoczywał, ale tak na swój boski sposób – wyjaśniłam .

– To Panie Boże śpij dobrze tak po boskiemu, a ja będę spał tak po mojemu – przyłożył głowę do poduszki i uśmiechnięty zaraz zasnął.

Zamyśliłam się i z zażenowaniem stwierdziłam, że mój synek, który jeszcze niedawno wyznawał politeizm, bo mianem Pana Boga określał każdego księdza w sutannie, ma z Nim szczerszą i naturalniejszą relację niż ja. Ćwiczenie rekolekcyjne pewnie też poszłoby mu lepiej. Hmm, a jak ja się modliłam jak byłam taka mała?

„Dawno, dawno temu…”

Przypomniałam sobie pewien epizod z dzieciństwa, kiedy na wieczornej modlitwie zamiast odmawiać standardowy pacierz, stwierdziłam, że może Pan Bóg bardziej by się ucieszył, gdybym… opowiedziała mu bajkę. Pamiętam jak ją wymyślałam, opowiadałam, a potem zasypiałam szczęśliwa. Zdarzało się to co jakiś czas, dopóki nie podzieliłam się tym na religii z siostrą zakonną. Niestety moje nowatorskie podejście do pacierza zostało kategorycznie potępione, a ja sama surowo złajana. Właśnie o ile sięgam pamięcią, to był chyba punkt zwrotny, w którym zaczął się ten formalny dystans w spotkaniu z Bogiem.

Postanowiłam zrobić eksperyment i wrócić do tej chwili, kiedy byłam jak ten jeden z najmniejszych. Zdecydowałam, że znów opowiem Bogu bajkę. Oczywiście nie dosłownie, chodziło o stworzenie czegoś dla Niego, o napisanie własnej modlitwy. W końcu nie bez powodu ukochany jak zawiedzie swoją wybrankę wyśpiewuje jej pod oknem serenady. Tak więc i ja wykonałam swoją „serenadę”. Wydawałoby się, że będzie bardzo głupio i niezręcznie. Nawet gorzej niż z tym ginekologiem w  windzie. Wręcz przeciwnie, pierwszy raz od nie pamiętam jakiego czasu czułam taką więź i relację. To nie było już siedzenie przed urzędnikiem i drapanie się w głowę, co tu mam powiedzieć. Poczułam się jak Dawid ze swoją cytrą. Położyłam się spać i usnęłam szczęśliwa.

Tak jak mój syn parę godzin temu… Tak jak mała dziewczynka po opowiedzeniu Bogu własnej bajki, wiele, wiele lat temu…

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ